niedziela, 11 października 2015

Palcem po mapie

Dziś wpis trochę nietypowy. Chciałam napisać o książkach Alfreda Szklarskiego, nowej fascynacji naszej dziewięciolatki. Ale to właściwie książki bardzo znane, chyba wszyscy rodzice zainteresowani wszechstronnym rozwojem swoich dzieci prędzej czy później podsuną im którąś z książek o Tomku Wilmowskim. Trudno więc mówić o jakimś odkryciu.

Marysia pochłonęła w ciągu kilku miesięcy wszystkie dziewięć tomów „Tomka” i jeszcze trylogię „Złoto Gór Czarnych”. Nie wiem, czy była w stanie przy takim tempie czegoś się nauczyć o tych wszystkich odległych krainach, jakie Szklarski uczynił tłem swoich powieści. Myślę, że jednak jej horyzonty z każdą kolejną książką się poszerzają. Dowiedziała się, że życie ludzi może być zupełnie inne. Że to inne nie musi wcale oznaczać lepszego, jak przekonują nas obecnie entuzjaści społeczeństwa wielokulturowego. Przeciwnie, Szklarski pokazuje inne kultury i cywilizacje w sposób dość obiektywny, choć na pewno nie pełny. Życie Indian, Aborygenów, Arabów, Hindusów, czy czarnych ludów Afryki jest odmienne i może zadziwiać, inspirować, może czasem nas Europejczyków zawstydzać, ale nie koniecznie od razu wzbudzać kompleksy i poczucie winy, jak zaczęły pół wieku później nakazywać schematy politycznej poprawności.



Szklarski potrafi przy tym trzymać w napięciu i wciągać do świata egzotycznych przygód. Przekonuje się o tym kolejne pokolenie młodych czytelników i nasze dzieci są wśród nich. Tak chyba po prostu powinno być.

Dlatego po tej wzmiance o Szklarskim dziś rekomenduję coś całkiem innego, pozycję w ogóle niebeletrystyczną, ale to właśnie za nią wzięła się ostatnio Marysia.


Atlas „Family Reference Atlas of the World” wydany przez „National Geographic” mąż przywiózł z USA kilka lat temu i czas ten przeleżał na półce. Dzisiaj najczęściej map szuka się internecie, więc rzadko chciało się wyciągać pięciokilogramowe tomisko. 

I ostatnio zainteresowała się nim Marysia. Nas to cieszy, przede wszystkim dlatego, że przy tym uczy się angielskiego. Amerykański atlas ma swoje mankamenty, bo oczywiście na świat patrzy z punktu widzenia USA i najdokładniej pokazuje kontynent amerykański, poza tym np. temperatury podaje w stopniach Fahrenheita. Ale może to jednak zaleta, bo Marysia ma się o co pytać i czym się dziwić. Atlas ma wielkie walory edukacyjne, bo zawiera nie tylko mapy fizyczne i polityczne, ale także szereg zdjęć, infografik, schematów, wykresów na temat rozmaitych zagadnień geografii fizycznej i gospodarczej z elementami biologii, geologii, astronomii i jeszcze innych. Taki dobry atlas, przy pomocy którego można odbyć fascynującą podróż „palcem po mapie” albo poszukać złota w Afryce, może zastąpić niejedną prawdziwą wyprawę.

Przy okazji uświadamiam sobie jak wiele tracą dzieci, gdy szkolne lekcje przedmiotów przyrodniczych są tak nudne, że nikogo niczym nie fascynują i nie zapalają poznawczego entuzjazmu. Niewiele potrzeba, by obudzić odkrywczą pasję, co, mamy nadzieję, już się dzieje wśród naszych dzieci.

PS. Miło, że wydawnictwo Akapit Press zwróciło uwagę na recenzjęSrebrnego Dzwoneczka”. Mam w planach opis jeszcze jednej, pięknej, a mało znanej książki opublikowanej przez to wydawnictwo.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

W miedzywojniu dla dzieci

Czerwiec. Zatem okoliczności mamy takie:





I takie:






Przedwakacyjnym rzutem na taśmę polecam jeszcze małe literackie co nieco, które ufam pomoże dobrze spędzić bardziej dżdżyste lipcowe czy sierpniowe dni. 

Na ostatnich targach książki najstarsza córka otrzymała taką oto receptę ze wskazaniem do stosowania zaleconej pozycji codziennie przez co najmniej 20 minut. 

 



A ja dziś zachęcam do sięgnięcia po dwie książki dla dzieci z okresu międzywojennego pięknie wydane przez Zysk i S-ka, które stanowią dowód wielkiej żywotności i oryginalności polskiej literatury młodzieżowej tego okresu.

„Bohaterski miś” Bronisławy Ostrowskiej był wówczas (ale i w późniejszych latach) obowiązkową lekturą najmłodszych w każdym inteligenckim domu. Jest to książka przybliżająca czasy pierwszej wojny światowej, ale napisana z perspektywy lat tuż po niej. A więc bez nakładającej się u współczesnych autorów na tamte dzieje historii wojny następnej. Tu zakończenie jest szczęśliwe, Polska odzyskuje wolność, którą sobie wywalczyła. Jak wywalczyła? Ofiarnością i bohaterstwem na wszystkich frontach. Tytułowy miś jest niby zwykłą maskotką, ale też „dzieckiem szczęścia”, któremu wciąż zdarzają się zupełnie fantastyczne zbiegi okoliczności.








Tułaczka niezwykłej maskotki potrafi wciągnąć całą rodzinę. Książka jest niezwykle pogodna, pokazuje szlachetność codziennego życia, cnotę i ujmującą kulturę bohaterów. Znów świat, który przetrwał do dziś jedynie w szczątkowych formach. I literacki warsztat o jakim pomarzyć może większość współczesnych "pisarzy dla dorosłych".

Razem z misiem w wojennej zawierusze dorastają jego właściciele: Hala i Staś. Chłopiec, którego poznajemy jako harcerza, pod koniec wojny jest już oficerem, jednym z pierwszych polskich lotników. Przez karty książki przewija się postać Marszałka Piłsudskiego, nieco ubrązowionego według twardego kanonu polityki propagandowo-historycznej II Rzeczpospolitej. Ale miś spotyka przede wszystkim zwykłych ludzi, żołnierzy, ułanów, lotników. Trafia do niewoli, to znaczy w ręce Rosjan, a potem Niemców, w końcu sojuszników Francuzów. Ostanie historyczne wydarzenie bardziej szczegółowo opisane to powstanie wielkopolskie.

Miś wszystkim przynosił szczęście, nawet wrogów jakby trochę uszlachetniał. Choć pojawia się i wojenny dramat, i cierpienie, i rozłąka, to na pierwszy plan wysuwa się nadzieja, którą przynosi w lekturę przygód pełen dziarskiego animuszu pluszowy bohater. Nasza dziewięciolatka książkę pochłonęła sama za jednym zamachem, sześciolatce czytał maż (początkowo co dłuższe opisy Helenkę nużyły, ale potem na całego wciągnęła się w przygody misia).


Wraz z kolejną książką po raz pierwszy i na pewno nie ostatni na tym blogu pojawia się osoba wybitnego pisarza Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. 








„Życie i przygody małpki” są także historią zwierzątka, ale nie pluszowej zabawki, tylko prawdziwej małpki z Afryki. Pierwowzorem postaci książkowej małpki Kaśki była prawdziwa Kaśka, którą Ossendowski przywiózł z Afryki. W książkowym świecie małpka potrafi pisać szympansim alfabetem pamiętnik swoich niezwykłych przygód. Cała książka to ów pamiętnik, zatem mamy do czynienia z bardzo oryginalnym pomysłem na narrację i konstrukcję fabuły. Przygody małpki napisano zanim ruchy ekologów i obrońców praw zwierząt zaczęły głosić, że zwierzęta są rzekomo równe ludziom, a nawet ich przewyższają, bo nie niszczą przyrody. 

W swojej wymowie książka wzywa do szacunku wobec zwierząt, zwraca uwagę na ich często niepotrzebne cierpienie, przestrzega przed okrucieństwem. Ale nie chodzi tu o promocję bliżej nieokreślonych „praw zwierząt”, lecz moralność samych ludzi, świat ich postaw i czynów, w tym doświadczeń negatywnych: zranień i zniewoleń. Nie jest więc to lektura łatwa i przyjemna (naturalistyczne opisy walk miedzy zwierzętami, śmierci pomijałam czytając książkę sześciolatce), chociaż pewna dawka humoru poprawia nastrój, a przygodowy styl ułatwia skupienie uwagi małych czytelników. Dziecko starsze i młodsze było zachwycone.

Jest to książka o całkiem poważnych tęsknotach i lękach, o cnocie i o wolności… Myślę, że nawet ci, którzy nie przepadają za zwierzętami w roli narratorów polubią tę książkę i małą małpkę, której największym marzeniem było stać się szlachetną.





 Świat małej małpki jest bardzo na serio. Jest w nim przemoc i ból, starcie zła i dobra. Małpka dużo rozumie, chociaż dziwi się i pyta. Razem z nią mogą o to pytać z bezpiecznego dystansu nasze dzieci i próbować zrozumieć czasem okrutny świat, w którym w końcu jednak zwycięża dobro.



sobota, 13 czerwca 2015

Lato z cząstką jesieni, czyli poetycko

Książeczka trochę wesoła, a trochę smutna, trochę podnosząca na duchu, a trochę melancholijna – tak jak każde lato, które zawiera w sobie cząstkę jesieni – mniej więcej tak wydawca zachęca do sięgnięcia po literacki debiut Emilii Kiereś „Srebrny dzwoneczek”. Niby wakacyjna opowieść, ale nie tylko. Dla dzieci i o dzieciach, ale nie do końca. Pani Emilia zawsze dotyka w swoich książkach czegoś więcej, tego co pod spodem, niewidoczne dla oczu, a najważniejsze. Nienachalnie, bez dosadnego dydaktyzmu, niczym lekkimi pociągnięciami pędzla z potoku zwyczajnych zdarzeń wydobywa dla małych czytelników głębie odwiecznych prawd o świecie i ludzkim losie (często w quasi-baśniowej konwencji).






Trzeba mieć piękne wnętrze i cudowną wrażliwość, by do młodych osóbek z ery internetu, iPhonów i tabletów mówić o wadze papieru, na którym pisze się list, dodając, że jest on równie ważny jak słowa. Pani Emilia to potrafi i za to ją kochamy. 

O papierze listowym, kołowrotku, ludziach, których już nie ma w „Srebrnym dzwoneczku” opowiada spędzającej wakacje na wsi Marysi, pani Felicja, staruszka powoli żegnająca się ze swoimi ziemskimi sprawami.

Nie wiem, na ile moja Marysia odczytała całe piękno życia oddane na kartach tej książki, życia, które zmienia się, przemija, ale się nie kończy. Ile zrozumiała z takich zdań jak to o czasie, kiedy patrzy się bardziej przed siebie, i czasie, gdy już bardziej się wspomina. Nie pytałam. Pewne książki dziecko powinno przeżyć samo, po swojemu, bez naszych interpretacji.

Jestem przekonana, że cudowna poetyka twórczości pani Emilii pozwala dzieciom odczuć sens poruszanych treści, zanim będą w stanie je zrozumieć. Rządowemu darmowemu elementarzowi zarzucano m.in. „miastocentryczność”. Książki Emilii Kiereś to odtrutka na ten trend. W „Srebrnym dzwoneczku” bohaterów budzi świergot ptaków, za oknem na grządkach kwitną kwiaty i warzywa, lipy rzucają cień, muchy wygrzewają się na parapetach, pszczoły brzęczą tak jak przed 100, 200 i 300 laty.

Czy ktoś ma wątpliwości, że dzieci żyjące z przyrodą za pan brat wiedzą sporo o przemijaniu? I że w ogóle wiedzą i czują więcej.

„Srebrny dzwoneczek” moja córka przeczytała jako niespełna dziewięciolatka. Moim zdaniem także po inne książki tej autorki najlepiej sięgać z dziećmi ok. ośmioletnimi. Wszystkie z serca polecamy („Brat”, „Rzeka”, „Kwadrans”, „Łowy”). Smakują równie wybornie. Czekamy na mający się wkrótce ukazać „Haczyk”.

Osobne słowo należy się „Łowom”. Cudowne wprowadzenie maluchów w romantyczny świat mickiewiczowskich ballad (z naciskiem na „Świteziankę”) i fantastyczna zabawa literacka dla całej rodziny.  "Rok 1809" - to pierwsze słowa książki i czas, w który trafiamy wraz z dziećmi. Nie będę zdradzać szczegółów. Mnie podobna rekomendacja naszej pani bibliotekarki wystarczyła by sięgnąć po „Łowy”, od których zaczęła się nasza przyjaźń z panią Emilią.






Jej książki polecam także chłopcom, w "Srebrnym dzwoneczku" główną postacią jest dziewczynka, ale to wyjątek. W pozostałych bohaterami są chłopcy. "Rzeka" to prawdziwa rycerska opowieść z czasów, gdy honor, wierność, przyjaźń budowały świat chłopięcych marzeń, pragnień i tożsamość małych mężczyzn. Obowiązkowa lektura na półce synów.

 „Srebrny dzwoneczek” ilustrowała Małgorzata Musierowicz, prywatna mama p. Emilii, a książki obu dam wydaje kojarzony głównie z "Jeżycjadą" Akapit Press. Nie radzę jednak szukać pióra mamy w książkach córki. To dwa inne literackie światy. I całe szczęście.

środa, 10 czerwca 2015

Przedwakacyjne doładowanie

Powracam po długim milczeniu. Dużo się działo, oj dużo i ciężko było mi wejść w blogowe tryby. W końcu stwierdziłam, że jak nie teraz, to już chyba nigdy. A ostatecznym impulsem, który zmotywował mnie do kolejnego wpisu, były wczorajsze warsztaty literacko-plastyczne w warszawskiej Bibliotece na Koszykowej. W roli głównej: pan Bohdan Butenko. Jako dziecko nie przepadałam za grafikami pana Bohdana (dziś patrzę na nie przychylniejszym okiem), najstarsza córka, uczestniczka wczorajszego spotkania, także nie jest fanką tej słynnej kreski. Ale znać i rozpoznawać ją po prostu trzeba.

Poniżej ilustracje do książki Krystyny Boglar "Klementyna lubi kolor czerwony" (wyd. Dwie Siostry, seria Mistrzowie Ilustracji). Książka także nie przypadła córce do gustu: "bo strasznie nudna". Nie potępiam jej w czambuł, ale ciężko się z Marysią nie zgodzić. Akcja jest zbyt płaska, jednowymiarowa - dzieci rozwiązują kryminalne zagadki i nic więcej. Brakuje tła, szerszego kontekstu, relacji między bohaterami, tej iskry, która powoduje, że nakreślony świat jest dla czytelnika wiarygodny  i pociągający.








Marysię bardziej urzekły rysunki Marii Orłowskiej-Gabryś z "Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami" Clare Compton (ta sama seria Mistrzowie Ilustracji, wyd. Dwie Siostry). Jean Raspail, współczesny klasyk konserwatywnego nurtu francuskiej literatury, twierdzi, że ludzie rodzą się albo konserwatystami, albo liberałami. Gdy patrzę na estetyczne gusta moich córek zaczynam w to wierzyć. Środkową organicznie pociąga awangarda, najstarsza zawsze wybiera klasyczny, nobliwy, staroświecki styl. Poniżej, preferowana przez nią, pełna dawnego uroku kreska Marii Orłowskiej-Gabryś.







"Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami" to jedna z naszych słonecznych książek, którą najlepiej czytać mając pod ręką talerz wypełniony słodkościami. Rozchodzi się w niej od smakowitych zapachów ciast, ciasteczek, pierników i pierniczków. Kulinarne motywy w literaturze najczęściej zwiastują włoską (lub francuską) scenerię, ale tu akcja dzieje się w Londynie, do którego na czas służbowej podróży ojca trafiają dwie siostry - Ania i Kicia. Pół roku spędzone u ciotecznej babci Zofii, prowadzącej tytułową cukiernię, obfituje w to wszystko, co podbija serca moich małych dziewczynek (6-10 lat): ciepło, radość, pogodę ducha, cudowne sploty okoliczności pozwalające spełnić się marzeniom rozpraszającym mroki tęsknoty za tatą. Dziś dla mnie ta książka może jest ciut zbyt słodka, naiwna, ale wiem, że gdybym miała 9 lat, pochłonęłabym ją w dwie godziny. Dla tego ciepła pachnącego ciastem domu. On nigdy nie będzie trącił myszką.

A warszawiakom z serca polecam śledzenie grafiku wydarzeń w Bibliotece na  Koszykowej, bo także bywa przepyszny.





piątek, 10 kwietnia 2015

Katyń

Nasza najstarsza córka jako 8,5-latka niemal pochłonęła wydrukowane w „Karcie” listy z Katynia pochodzące z tzw. Archiwum Robla. To wybór kilkudziesięciu notatek polskich jeńców. Rozpoczynają się więc 17 września 1939, kończą w kwietniu 1940 roku tuż przed tragiczną śmiercią swoich autorów. W tych tekstach nie ma grozy śmierci, która dziś nieodłącznie związana jest z Katyniem. Oficerowie, którzy trafili do sowieckiej niewoli, a później do obozu w Kozielsku, nie spodziewali się swojego losu, raczej liczyli na zwolnienie, myśleli o przyszłości. Jednocześnie skrupulatnie notowali poczynania enkawudzistów zakończone transportem do stacji Gniezdowo. To na zachód od Kozielska, mogli więc przypuszczać, że jadą do Polski…


Listy z Katynia w „Karcie” wydrukowane zostały razem z fotografiami niektórych autorów i artykułem o archiwum Robla bardzo starannie i na pięknym papierze. To nie jest lektura dla wszystkich dzieci, ale przecież muszą jakoś dorosnąć i do takich tematów. Więc może powiedzmy dzieciom o Katyniu właśnie przez coś takiego jak te notatki, w których nie ma jeszcze krwi i czaszek z otworami po nabojach. A i na nie przyjdzie pora.




Historia odnalezienia tych zapisków polskich oficerów jest absolutnie wyjątkowa. Pochodzą z przedmiotów i dokumentów, które Niemcy odkryli w Katyniu w 1943 roku i wywieźli do Krakowa. Tam ich uporządkowaniem zajmował się dr Jan Robel z Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki (obecnie Instytut Ekspertyz Sądowych). Naukowiec jednocześnie wykonywał polecenia polskich władz podziemnych i zrobił kopie wszystkich dokumentów, po czym ukrył je na terenie instytutu. Oryginały zaginęły podczas próby wywiezienia do Niemiec pod koniec wojny. Ponoć spłonęły, może przejęło je NKWD, są też tropy wskazujące na Amerykanów.


Natomiast kopie Robla przeleżały prawie pół wieku w skrytce. Odnaleziono je przypadkiem w 1991 roku. Bardzo dziwny to przypadek: tak jakby te dowody czekały na koniec epoki kłamstwa katyńskiego. Zaledwie rok wcześniej 13 kwietnia 1990 roku Związek Sowiecki przyznał się do dokonania zbrodni katyńskiej. Też 13 kwietnia, ale w 1943 Niemcy podali informację o odkryciu grobów polskich oficerów. Ta data to w Polsce Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Może warto zaznaczyć w życiu naszej rodziny ten dzień. I sprawdzić, czy nasze nazwisko nie figuruje na którejś z list cmentarnych (http://ipn.gov.pl/indeks_represjonowanych/indeks). Nasze nosi dwóch Polaków leżących w Miednoje (w tym jeden ma takie same imię co mąż), jeden w Katyniu i jeden gdzieś na Ukrainie. To nie nasi bliscy, ale zobaczenie czegoś takiego daje poczucie, że to także nasza sprawa.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Spotkać Zwycięzcę

„Jasiowi, aby spotkał Zwycięzcę” – taka dedykacja widniała w pożyczonym od przyjaciół egzemplarzu książki protestanckiej misjonarki Patricii St. John „Zwycięzca” (wyd. „Vocatio”). Właściwie to nie my pożyczyliśmy tę książkę, przyjaciółka wepchnęła mi ją niemal na siłę z krótkim: „Musicie to przeczytać”.

Zakochałam się w „Zwycięzcy”, bo to ja najpierw po niego sięgnęłam. Potem pokochała "Zwycięzcę" najstarsza córka (miała wówczas 8,5 roku). A ja już wiedziałam, że znalazłam książkę, jakiej od pewnego czasu szukałam – jednym tchem o Jezusie, fascynująco i co ważne - oczami dziecka. Prozę, którą czyta się bez rumieńców zażenowania kunsztem autora. "Zwycięzca" niczym dobry kryminał trzyma małego czytelnika w napięciu od początku do końca. Dlaczego o tym wspominam? Bo jako dziewczynce podsunięto mi kilka kiepskich pozycji przy których solennie się wynudziłam, skutecznie zniechęcając się do literatury religijnej dla  najmłodszych (na szczęście do czasu!).   

Dynamizm "Zwycięzcy" jest dla dzieci wręcz zaskakujący. Porywające to może być "W pustyni i w puszczy", przygody Tomka na kolejnych lądach czy wyczyny Ani z Zielonego Wzgórza ( lub co gorsza popularne mroczne magiczne sagi), ale żeby droga małego chłopca do Jezusa?




Zamysł fabuły jest dość prosty, acz oryginalny i dobrze poprowadzony. St. John bazując na ewangelicznym opisie spotkania Jezusa z kobietą kananejską, która prosi o uzdrowienie opętanej córki, kreuje historię tej konkretnej rodziny. Czy opętana miała rodzeństwo? Jak układały się relacje w dotkniętej cierpieniem rodzinie? Kim był jej ojciec? 

W „Zwycięzcy” dręczona dziewczyna ma brata, Filo. To on jest narratorem i głównym bohaterem książki. 

Dwunastolatek, syn rybaka z Fenicji, żyje z piętnem wykluczenia ciążącego nad rodziną. Dla lokalnej społeczności są przeklęci. Opętana Illiryka obwiniana jest o wszystkie nieszczęścia, które przytrafiają się w okolicy. Także o ściągnięcie sztormu, który zabija ojca.
Ciemność kładzie się kirem na życiu Filo. Nienawidzi siostry, gardzi matką, przeklina nieuczciwego pracodawcę. Upał serca podsyca splot przeciwnych chłopcu okoliczności. Pętla się zaciska. 

Ktoś gdzieś po raz pierwszy powiedział mu, że jest taki Człowiek, który wędruje po Judei i Galilei, i ciągną za nim tłumy. Bo naucza o Bogu, miłości, przebaczeniu inaczej niż wszyscy dotąd. Uzdrawia. I wichry są Mu posłuszne (co szczególnie przekonujące dla małego rybaka). I kilku rybaków, twardych chłopów, a nie jakichś szaleńców, już za Nim poszło. W końcu cuda Jezusa zawitają pod jego rodzinny dach, gdy Illyryka zostaje uwolniona. Filo był wówczas poza domem, po powrocie nie poznał żyjącej nowym życiem siostry. 

Ta historia dobrze się kończy. A wraz z Filo Zwycięzcę spotykają Jaś, Marysia, Helenka, Franek i wielu innych. Chciałoby się dodać, oby na zawsze. 

Tych ciepłych poruszeń w sercu, które sprawia tylko On swoją obecnością, życzę każdemu z Was w święty czas Triduum.

poniedziałek, 30 marca 2015

Przed Trylogią

Dziś dwie książki, które można by łatwo uznać za trudne i nienadające się dla naszych dzieci w wieku wczesnoszkolnym (zerówka też się łapie!). Akcja obu dzieje się kilkaset lat temu, w XIV i XV wieku. Napisano je także dość dawno i w zupełnie innych czasach.

W polskiej literaturze wybór książek historycznych jest duży. Chodzi jednak o takie pozycje, które pomogą wciągnąć się w świat sprzed kilkuset lat małym dzieciom, nieznającym jeszcze historii w sensie linearnym. Nie potrafią umieścić opisywanych wydarzeń w ogólnym kontekście dziejów od Mieszka do współczesności. Celem powieści nie jest jednak zastępowanie systematycznej nauki historii. Poznajemy epizod z dziejów, żeby się zachwycić i przeżyć przygodę, bo czymże innym jest szczęśliwe dzieciństwo. 

Epoka królów, rycerzy i bitew doskonale nadaje się do rozbudzenia wyobraźni. Żadna książka nie odda w pełni średniowiecznych realiów, lecz nie dążymy do tego. Raczej wchodzimy prosto z baśni (gdzie jakoś najczęściej mamy monarchie) do rzeczywistości, ale takiej, która dla naszych dzieci jest niemal równie fantastyczna i właśnie baśniowa. Tylko że te wydarzenia działy się naprawdę mniej więcej tak, jak je opisano, i mają przy sobie mało mówiące liczby: 1386 lub 1444. 

Na książkę Zofii Kossak-Szczuckiej „Warna” natrafiłam zupełnie przypadkiem w antykwariacie.


Stare wydanie z 1946 roku ledwo się trzyma. Nie ma ilustracji. Tę fabularyzowaną biografię króla Władysława Warneńczyka czytaliśmy najstarszej córce,gdy miała 6,5 roku lat (zawsze interesowała się historią, w przypadku młodszej z tą książką musimy jeszcze poczekać). 

Dalekie realia i nieco trudny język nie przeszkadzały małej słuchaczce, a Warneńczyk zawładnął jej sercem i wyobraźnią na wiele miesięcy.

Akcja dzieje się szybko, kolejne wątki pojawiają się i zaraz zostają rozwiązane. Kossak-Szczucka jest pisarką umiejącą zatrzymywać uwagę czytelnika, umiejętnie sterując dynamiką opisów i zdarzeń. Nie ma tu ostentacyjnego dydaktyzmu (czego nie uniknął autor drugiej książki, którą dziś polecam) czy nadmiaru erudycji. 

W malowniczym otoczeniu życia dworsko-rycerskiego, zamków, polowań, wielkich narad i wypraw pojawiają się naturalnie wplecione ważne sprawy polityki XV wieku i nie tylko. Bo ta książka napisana w roku wybuchu drugiej wojny światowej podejmuje też tematy wciąż aktualne – roli cywilizacyjnej Polski, jej miejsca w Europie między wschodem a zachodem.

Władysław jest postacią tragiczną i czytelnik zdaje sobie z tego sprawę co najmniej w połowie lektury. Wie, że służy sprawie słusznej, lecz beznadziejnej, bo wielka idea natrafiła jak zwykle na rozmaite układy i interesy

Kossak-Szczucka potrafiła tak sterować nastrojem powieści, że czytelnik czuje zbliżający się dramat, a zarazem coś nie pozwala mu się oderwać. Wchodzi w rzeczywistość wartości ludzi sprzed sześciuset lat i zaczyna się z nimi identyfikować. Bitwa jest więc punktem dojścia całej książki. Cała natomiast pełna jest wiary. Chociaż rzecz dzieje się w średniowieczu, religijność bohaterów nie jest wcale przesadnie obrzędowa, ale bardzo życiowa, wpływająca na najważniejsze życiowe wybory, a przy tym bardzo naturalna.

Druga polecana pozycja to „Jadwiga” biskupa Władysława Bandurskiego. 


Ta powieść powstała z kolei przez pierwszą wojną światową, w 1910 roku. Także akcja dzieje się kilkadziesiąt lat wcześniej niż „Warna”, ale to akurat nie ma aż takiego znaczenia. Autor to kapłan, kanclerz kurii w Krakowie i biskup pomocniczy we Lwowie, a przy tym żołnierz, kapelan Legionów, wielki patriota, człowiek niezwykle zasłużony. Wsławił się jako znakomity kaznodzieja.

Kult królowej Jadwigi trwa nieprzerwanie od jej śmierci i to całkiem spontanicznie, bo w czasach Bandurskiego nie była nawet błogosławioną (stało się to dopiero za Jana Pawła II w 1979 roku). Jest to zdecydowanie książka bardziej dla dziewczynek. Pełna jest emocji, uczuciowości, polityka łączy się z romansem. Dopiero wraz z rozwojem akcji treść staje się coraz bardziej duchowa, tak jak i dojrzewa osobista świętość Jadwigi. Ale i tu nie chodzi tylko o biografię.

 Małe czytelniczki pasjonował koloryt dworskiego życia, ale nie tylko, bo autor chciał czegoś więcej. Na pewno kluczem nie była tu polityka XIV wieku, nawet nie sama idea chrystianizacji Litwy, chociaż to ważny temat - krzyż jest słowem-kluczem i ideową osią powieści. To powieść o poświęceniu, o trudnych decyzjach w trudnych czasach, o dojrzewaniu i o powołaniu.

Dwadzieścia lat przez „Jadwigą” Sienkiewicz ukończył „dla pokrzepienia serc” swoją Trylogię. Książka Bandurskiego ma w sobie także wielki ładunek patriotycznego pokrzepienia. Jest wejrzeniem w polską tradycję duchową, a przy tym księgą narodowej dumy. Królewski Kraków, katedra, uniwersytet i nieco pomnikowe postacie pozytywnych bohaterów. Polscy panowie są, jak rzadko, przedstawieni jako pełni mądrości dalekowzroczni mężowie stanu. Książkę czytaliśmy w pięknym nowym wydaniu Sióstr Loretanek, co na pewno wzbogaciło przeżycia dzieci.

Obie książki są bardzo polskie, a jednocześnie dość łatwe, bez elementów drastycznych, przez co stanowią doskonałe wprowadzenie do późniejszych lektur z tego gatunku, zwłaszcza Sienkiewicza.

Dobra literatura historyczna jest literaturą tożsamości. Dlatego my wolimy zaczynać spotkania z nią od książek dotykających polskiej historii (chociaż i te mówiące o sprawach zagranicznych są dobre). Razem z tymi książkami może uda się pokochać historię. Dziś bez zaangażowania rodziców raczej nikt naszych dzieci tym ogniem patriotycznego uczucia nie rozpali. 

A już wkrótce na blogu coś wyjątkowego na święta!